Gold Cobra | limpbizkit.pl – polski fanklub Limp Bizkit

Facebook

Partnerzy


Wydana: 26 czerwca 2011

Wydawca: Interscope

1. Introbra
2. Bring It Back
3. Gold Cobra
4. Shark Attack
5. Get A Life
6. Shotgun
7. Douche Bag
8. Walking Away
9. Loser
10. Autotunage
11. 90.2.10
12. Why Try
13. Killer In You

Dodatkowe utwory w wersji Deluxe:

14. Back Porch
15. My Own Cobain
16. Angels

17. Middle Finger (feat. Paul Wall) / USA, UK
17. Combat Jazz / Japonia
17. Los Angeles / iTunes

 

Kerrang! o płycie:

Tęsknota nie jest tak samo dobrą rzeczą, jak przeważnie bywa. Jednakże ciągle jest wielką mocą dla tych, którzy byli świadkami i mogli zakosztować wściekłości Limp Bizkit na scenach festiwali Download i Sonisphere w 2009 roku. Gdy Bizkici byli na szczycie pod koniec zeszłego stulecia, sprzedawali się we wielu milionach, ale gdy upadli na ziemię ciężko było znaleźć kogoś, kto przyznawał by się do fascynacji Freddym D. i jego zespołem. W momencie ich powrotu, dojrzewające pokolenie dzieciaków, dla których Limp Bizkit było zespołem i wyznacznikiem stylu tylko przejściowym, poczuło radość zebrania się razem, na wolnej od złośliwości „dziecinnej” zabawie.

Będzie interesujące widzieć publiczność żądną nowego materiału Limp Bizkit i to, czy zespół zdoła zapukać do gustów nowego pokolenia fanów. Obecnie oni mają po 40 lat i naprawdę powinni to wiedzieć lepiej, ale ten zarzut mógłby być równy w każdym punkcie ich kariery – kiedy Fred Durst śpiewał o „Swoim Pokoleniu” (My Generation) w 2000 roku, on wtedy też pewnie nie był w skórze 30 letniego, doświadczonego muzyka.
Co większej części Gold Cobra pokazuje, że zdecydowanie nie jest płytą zespołu, który dorosną.

Idąc za krótkim intro, Bring It Back jest dobrym zamanifestowaniem zamysłu całej płyty. Wes Borland miażdży świetnie surowym riffem, gdy Fred „skowyczy” otwierającą salwą: „Never worry if anybody gonna like me/ Don’t give a damn if anybody give a fuck”. Podczas gdy zespół poświęca zbyt wiele utworów swoim krytykom, dla kogoś kogo naprawdę nie obchodzi jego rozdrażniony bunt, ich sens wydaje się być co najmniej logiczny.

Tytułowy kawałek zawiera więcej surowych gitar i sierpów, które składają się jak nożyce, Shark Attack zawiera odniesienia do Break Stuff, a Douche Bag oferuje świetnie świeżą paletę hip-hopu i ciężkich bitów. To nic takiego, czego zespół nie robił wcześniej, ale błazeńskie wypełniacze: Autotunage i 90.2.10/Interlude 3 aside to znaki Bizkitów, które robią dokładnie to do czego zostały stworzone.

Są momenty płyty, w których zespół jest poza wyznaczonym przez siebie szablonem. Kołyszące ballady: Walking Away i kłębiący się od muzycznych wzruszeń i osobistych tekstów – My Own Cobain; obydwoje rażą umiarkowaną dojrzałością. Jest to twarz zespołu, której nie widzieliśmy wcześniej zbyt często, ale powiedzmy szczerze – Nie zaczniesz słuchać Limp Bizkit ponieważ szukasz zespołu, który skupia się w swoich tekstach na analizie własnych stanów psychicznych. Tak samo jak Middle Finger (z raperem Paulem Wallem) ubiera różne sprawy we wniosek typu ‚fuck you’, tak ogólne ma się wrażenie, że Limp Bizkit pozostaje wkurzającym, interesującym i niepoprawnie nieznośnym zespołem, jakim był od zawsze.

 

Teledysk:

Share